Cmoknęła i zmarszczyła czoło. - Eeewenualnie –odpowiedziała przeciągle. – To gdzie ten prezent ciociu ? – zapytał podekscytowany chłopiec i posłał ciotce błagalnie spojrzenie. Roxanne poczuła słodkie ukłucie w sercu. Uśmiechnęła się i zmierzwiła jasne kędziorki bratanka. – To będzie Twoja specjalna misja. Jesteś pewien, że zdołasz ją doprowadzić do końca ? – zapytała basem i wyprostowała się jak żołnierz. Mały spoważniał. –Ocywiście. – przytaknął poważnie. – Roxanne spojrzała najpierw w prawą, potem lewą stronę jakby chciała sprawdzić czy nikt nie podsłuchuje. - Dobrze.-szepnęła.- Nagroda znajduje się w miejscu gdzie babcia przyrządza najlepsze muffinki na świecie. Znajdziesz ją w zielonym pudełku obok mojej torebki. Czy jesteś pewien, że zdołasz przetransportować pakunek w bezpieczne miejsce w taki sposób, żeby babcia nie zobaczyła ? – chłopiec podrapał się po niewielkim podbródku. – Spróbuje. – odparł po dłuższym namyśle i pognał w stronę drzwi. –Powodzenia ! – krzyknęła za nim i odwróciła się do Jaka, Anny i babci.
Teatralnie uniosła jedną brew. – Sprytnie. – powiedziała i połaskotała chłopca leciutko. –Ale jest problem. – mały spoważniał i zabawnie wydął usta – Jaki ? –Noo.. Nie wiem czy mogę Ci powiedzieć.. –zastanawiała się głośno. – Jestem juz duzy i babcia mówi, ze bardzo mądry. Docymam tajemnicy. – relacjonował z ożywienie. – No dobrze. Ale sam tego chciałeś. – powiedziała Roxanne konspiracyjnym tonem. Mały z przejęciem skinął głową i głośno przełknął ślinę. - Zarobiłeś dopiero połowę czekolady. – szepnęła wprost do ucha bratanka i podrzuciła go do góry. –To jak z tą drugą połową ? – zapytała wciąż się śmiejąc. –To zalezy. – odpowiedział Nate. –Taak.. A od czego ? –Od smaku cekolady. – oznajmił takim tonem jakby to było coś oczywistego. Parsknęła śmiechem. – Truskawkowa plus prezent niespodzianka. Czy odpowiadają Panu takie warunki ? - mały objął ciotkę za szyje. – To gdzie ten prezent ? – Rozumiem że tak, ale niestety-najpierw zapłata potem prezent. – chłopiec zachichotał i jeszcze raz pocałował Rox. – Cy tyle wystarcy ?
Miranda westchnęła. Roxy jest uparta - nie odpuści, a jej pozostało się tylko z tym pogodzić. –Gdzie wszyscy ? - zapytała beztrosko dziewczyna. -W ogrodzie, Nate już jest taki duży. I taki mądry, ciągle pyta o Ciebie wiesz ? – Pani Sullivan odwróciła się w stronę okna i uśmiechnęła się delikatnie. – Mamo..- Roxanne podeszła bliżej matki i położyła jej głowę na ramieniu. Stały tak dłuższą chwilę. Dwie kobiety wzruszone widokiem reszty rodziny. Ich rodziny. Pierwsza odezwała się Roxanne. – Pójdę się przywitać. – powiedziała i ucałowała matkę. –Tęskniłam za wami. – szepnęła bezgłośnie we włosy Mirandy i wyszła z kuchni. Otulił ją zapach wiosny, taki słodki i tak dobrze znany. Zlustrowała spojrzeniem las umiejscowiony naprzeciwko domu. -Czuć tu magię. – pomyślała i zajrzała do ogrodu. Nie mogła się nie uśmiechnąć, ale zdradziecki łzy wzruszenia znów napłynęły jej do oczu. Jack podrzucał Nate do góry sprawiając przy tym, że mały piszczał i chichotał jak szalony a jego złote kędziory rozsypywały się jak u aniołka. Anna siedziała na kocu obok i rozmawiała z babcią żywo gestykulując – przypominała szczęśliwą Królewnę Śnieżkę. –Wyglądają tak pięknie. Jak z bajki.- pomyślał i otarła łzy spływające coraz szybciej po policzku. –Ciocia, ciocia, ciocia Roxanne ! – usłyszała i zobaczyła nieporadnie biegnącego w jej stronę bratanka. Rozłożyła ramiona. –Mój Nathaniel Wielki ! – krzyknęła, złapała małego i zakręciła nim wokół własnej osi. Mały zapiszczał i zaczął chichotać tak słodko, że sama zaczęła się śmiać. Postawiła go na ziemi i ucałowała w karczek. –Mmm..- zamruczała. – Czyżbym czuła czekoladę ? Czekaj…Taak, zdecydowanie czekoladę i to mleczną. – powiedziała. Mały objął ciotkę za szyję. – A ty pachnies truskawkami. Tez jadłaś cekoladę ? – zapytał śmiertelnie poważnie. Roxanne, walcząca z chęcią eksplodowania śmiechem odparła majestatycznie. – Może. – I mas dla mnie tez ? – Może. – Nate ucałował głośno ciotkę w usta. –A teraz mas ? – zapytał ponownie. Roxanne nie wytrzymała i musiała się roześmiać.
–Bo widzisz, jutro mamy gości, coś w rodzaju kameralnej kolacji. – oznajmiła słabo. -Mamo jeśli znowu chcesz, żebym spędziła uroczy inaczej wieczór z jakimś uroczym inaczej facetem to obiecuje że naśle na Ciebie terrorystów. -Nie kochanie, dałam sobie spokój z zabawą w swatkę. – powiedziała, rozśmieszona Miranda. -I chwała Ci za to. – odpowiedziała Rox i teatralnie otarła czoło zewnętrzna stroną dłoni. -Przyjeżdża ojciec z jego nową ‘’kobietą’’ i jej rodzina – nowym teściem, teściową i ich dziećmi. – oznajmiła jednym tchem. Roxanne zbladła. -Po co ? –zapytała po prostu. -Rodzice Dory-bo tak nazywa się jego nowa ‘‘miłość’’, chcą poznać byłą rodzinę przyszłego zięcia. Kiedy rozmawiałam z nimi przez telefon, wydawało mi się, że mu nie ufają. – Roxanne nie odzywała się, przez chwilę. – Kochanie przepraszam, wiem że nie powinnam się zgodzić ale nie jestem tak asertywna jak Ty. – zaczęła Miranda, ale córka powstrzymała ją ruchem ręki. - Nie mamusi, wręcz przeciwnie. Świetnie, że się zgodziłaś. Uratujemy tą biedną Dorę, przed tym potworem. – powiedziała i uśmiechnęła się do matki. -Co masz na myśli ? – zaintrygowana pani Sullivan, podeszła bliżej i poczęstowała się jabłkiem. -No cóż… Skoro Państwo… - przerwała. -Brady. – pomogła jej matka. -Skoro Państwo Brady, chcą dla córki jak najlepiej musimy wyświadczyć im przysługę i opowiedzieć całą prawdę o tatusiu, prawda ? A skoro teraz mu nie ufają po tym co usłyszą nie będą chcieli więcej widzieć go w domu. Jakie to przykre, nie sądzisz ? – zakończyła. -Kochanie, ale to twój ojciec, jakkolwiek by nie było. -Wiem, tyle że nie potrafię tak dobrze kłamać i oszukiwać jak on, wiec w tej sytuacji jestem zmuszona do oznajmienia prawdy, poza tym jestem prokuratorem, muszę dawać przykład obywatelom. Prawda ? – powiedziała słodko Roxanne. -Nigdy mu nie odpuścisz. -Kiedyś próbowałam, ale sam marnował wszystkie szanse. Teraz pora na wendetę. Coś czuje, ze się będę świetnie bawić. – mruknęła i podrzuciła owoc do góry.
Roxanne Sullivan uwielbiała wracać do domu. Rodzinna była dla niej najważniejsza. To mama i babcia dały jej wszystko czego pragnęła i potrzebowała. Podarowały jej miłość i wsparcie, możliwość rozwoju i poczucie bezpieczeństwa – dały jej podstawy, aby mogła stać się tą osobą która jest teraz – młodą, ambitną prokurator, który była równie surowa co sprawiedliwa. Kochała swoją prace, oddała się jej bez reszty. Nie żałowała. Już dawno temu postanowiła, że sama sobie będzie sterem, żeglarzem i okrętem jednocześnie. Nie chciała cierpieć bardziej niż to było potrzebne, wolała rzucić się w wir pracy, zapomnieć, że istnieje namiętność, pożądanie, miłość. Nie wierzyła, zwłaszcza w to ostatnie. Od dziecka obserwowała jak ojciec niszczy jej mamę, jak stawia ją sobie na równi z kolekcja płyt czy znaczków, jak powoli, zatruwa jej wiarę w siebie, własne możliwości. Nienawidziła go za to, ale przy okazji-gdzieś po drodze- straciła wiarę w mężczyzn. Jednak to było nie ważne, już nauczyła się z tym żyć. Najważniejszy był fakt, że spędzi z rodziną całe dwa dni. Nadrobią zaległość. Tak dawno nie widziała mamy, babci, Anny – żony Jaka, jej brata i Nathaniela - jej bratanek był chyba najsłodszym dzieckiem na ziemi. Kochała ich tak mocno. Zaparkowała pewnie na podjeździe przed domem. Zawsze była świetnym kierowcą. Uśmiechnęła się do przedniej szyby samochodu i wysiadła. Była w domu. Uderzyła ją fala emocji. Jak jej brakowała tego zapachu, tej ciszy która ‘‘brzmiała’’ tak specyficznie. Wciąż się uśmiechając otworzyła bagażnik i wyjęła swoje rzeczy. Przytaszczyła walizkę i weszła bezszelestnie do środka. Było podejrzanie cicho, zajrzała do kuchni i poczuła jak serce topnieje jej z miłości. Mama- gigant z dzieciństwa, osoba którą podziwiała całe życie, robiła sałatkę i nuciła którąś z irlandzkich piosenek. - Jest taka piękna. – pomyślała Rox i potrzymała łzy cisnące się jej do oczu. - Chyba się starzeje skoro nawet kobieta z nożem w spłowiałych jeansach, błękitnej koszuli i rażąco żółtym fartuszku może mnie rozczulić – rozważyła i podeszła bliżej do matki.–Dzień dobry. Czyżby to była t a sałatka, z pomidorami i mozzarellą ? – zapytała.Pani Sullivan odwróciła się z kwitnącym uśmiechem na ustach i z całych sił uściskała córkę. Była od niej o kilkanaście centymetrów wyższa, ale wagowo były podobne. Łzy dumy i miłości napłynęły jej do oczu. Roxy była taka piękna, ambitna, odważna – była absolutnie genialna. I absolutnie jej. Ale nie miała nikogo kto by dzielił z nią łzy i uśmiechy, jej córeczka była sama. Zastanawiała się nad tym wiele razy; trochę w tym było jej winy i nie potrafiła się z tym pogodzić, ale nie zawróci czasu. Nie pomogły próby swatania, żaden z mężczyzn których poznała do tej pory nie ‘’dotknął’’ duszy Rox na tyle głęboko, aby zdołała się przed nim otworzyć, a ona mogła tylko stać i patrzeć. Serce krajało się jej na myśl, że jej dziecko, kobieta która pomogła jej uwierzyć w siebie, która pomogła jej odbudować własną osobowość, codziennie wraca do pustego mieszkania z plikiem dokumentów do analizy. Ale ona nie jest stworzona do życia w samotności. Wiedziała to, na pewno ! Już niedługo.-Mamo co się stało dlaczego płaczesz ? – przejęta Roxanne podbiegła do matki i ujęła twarz matki w obie ręce.-Jesteś piękna.- powiedziała po prostu. –No tak, dziękuję Ci kochanie że płaczesz nad moją uroda.- zaśmiała się i ucałowała mocno oba policzki Mirandy. Podeszła o tacy z owocami i wybrała jabłko.-Kochanie..- zaczęła nie pewnie Pani Sullivan.– Mhmm.
e-blogi.pl [Załóż blog!] Subskrybuj blogi [Zamknij reklamy] |